Trwa ładowanie proszę czekać ...

Z wizytą w domu Hobbita

21 listopada 2018

Panuje przekonanie, że do Nowej Zelandii trzeba jechać albo na kilka miesięcy, albo się nie opłaca. Niestety, taka podróż dla osób, które pracują na etacie wiązałaby się ze złożeniem wypowiedzenia albo wzięciem bezpłatnego urlopu, a umówmy się – niewiele z nas może sobie na to pozwolić. Czy to oznacza, że wyprawa do Nowej Zelandii jest poza naszym zasięgiem? Na szczęście nie, bo okazuje się, że w Polsce istnieją biura podróży, które oferują dwutygodniowe wycieczki do tego kraju na końcu świata. Skorzystaliśmy z jednej z nich i postanowiliśmy opowiedzieć o niektórych miejscach, jakie odwiedziliśmy. Co można zobaczyć w Nowej Zelandii przez kilkanaście dni?

Szybka wizyta w Auckland
Po długiej podróży wylądowaliśmy w Auckland, na Wyspie Północnej. Nowa Zelandia jest podzielona na Wyspę Północną (bardziej zasiedlona) i Wyspę Południową (trochę dziksza), a Auckland jest największym miastem w kraju, w którym znajdują się wszystkie najważniejsze ośrodki, budynki administracyjne, sądownicze i centrum finansów. Auckland jest ogromne i to chyba jedyna metropolia w Nowej Zelandii, w każdym razie, kiedy wylądowaliśmy, wcale nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy na końcu świata i to w dodatku na wyspach. Po mieście przeszliśmy całą grupą z polskim przewodnikiem, który opowiedział nam o najważniejszych budynkach i miejscach. Wg nas najpiękniejszą częścią miasta był wielki port, przy którym cumowały setki żaglówek. Podobno niektóre osoby potrafią mieszkać na żaglówce przez większą część roku! Drugiego dnia w Auckland, w ramach relaksu i oswojenia się w nową rzeczywistością, poszliśmy na tutejsze plaże, na których, co ciekawe, spotkaliśmy wielu ludzi z Europy. Jak się dowiedzieliśmy, w Auckland Europejczycy stanowią większość populacji, a prócz nich mieszkają tu rodowici Maorysi, Polinezyjczycy, Chińczycy, Hindusi i grupa etniczna Samoa (imigranci z innych nowozelandzkich wysp).

Gejzery w Rotorua
Kolejnym punktem naszej podróży była wyprawa do Rotorua, znanej w Nowej Zelandii jako termiczny cud świata. Rotorua to wielkie siarkowe jezioro, które znajduje się w obszarze o tej samej nazwie w pobliżu kilku innych jezior. Mieszkańcy Rotorua utrzymują się głównie z turystyki, bo oprócz całego przemysłu wokół siarkowego jeziora, można tu żeglować, wędkować i uprawiać rafting. Pierwszym szokiem jest zapach powietrza w okolicy, który przypomina zgniłe jajka. Po chwili o tym zapomnieliśmy, bo ujrzeliśmy pierwszy gejzer – erupcję pary wodnej, gorącej wody i błota. Cały obszar Rotorua znajduje się bowiem na terenie wulkanicznym, więc jest naturalnie podgrzewany od spodu. Skorzystaliśmy więc z okazji i wymoczyliśmy się w gorących źródłach, a później poszliśmy do galerii sztuki maoryskiej. Musicie wiedzieć, że Rotorua ma bogatą historię, a Maorysi od wieków zamieszkiwali te tereny. Co więcej, bardzo chętnie dzielą się opowieściami o swoich tradycjach i zwyczajach z turystami i cieszy ich obecność gości.

Wizyta w domku Hobbita
Nie zapomnieliśmy też o tym, że fenomenalny film „Władca Pierścienia” był kręcony w Nowej Zelandii. Dzięki temu chociaż trochę mogliśmy poznać bezkres i potęgę nowozelandzkich krajobrazów. Oprócz nich, w Nowej Zelandii stworzono tzw. Hobbiton, czyli literacką wioskę hobbitów położoną w Shire. Hobbiton każdego roku odwiedza jakieś 300 000 tysięcy turystów, w których znaleźliśmy się i my. To była kolejna wycieczka z świetnym przewodnikiem, który opowiadał nam różne ciekawostki z planu filmowego. W Hobbitonie jest możliwość zobaczenia od środka domku słynnego hibbita Bilbo Bagginsa, w którym poczuliśmy się przez moment jak w bajce. Wioska hobbitów jest niezwykle fotograficzna, można w niej też zjeść przysmaki tych stworzeń i kupić pamiątki – to był na pewno bardzo miło akcent podróży po Nowej Zelandii.

Wyspa Południowa
Kolejne dni spędziliśmy na eksplorowaniu Wyspy Południowej, na którą polecieliśmy samolotem. Najbardziej w pamięci zapadły nam krajobrazy znad jeziora Wanaka, które leży przy samym Parku Nardowowym Mount Aspiring. Nad jeziorem wznosi się słynna górą Cooka, pod którą w hotelu spędziliśmy noc, zwiedzając też malownicze miasteczko.