Trwa ładowanie proszę czekać ...

Podróże marzeń - Jamajka

16 grudnia 2018

Była taka piosenka: “Słoneczne reggae, przygoda na Jamajce, gdy zamykam oczy, wtedy czuję się jak w bajce”. Cóż, ja mam oczy szeroko otwarte i ta jamajska bajka jest tu i teraz! Już niedługo cudowny urlop się kończy i czas będzie wrócić do rzeczywistości, ale póki jeszcze mogę cieszę się wszystkim, co ta wyspa ma do zaoferowania. A ma tak wiele!

Ta niewielka egzotyczna wysepka na Morzu Karaibskim to idealne połączenie spokojnych, rajskich plaż i imprezowego klimatu. Od pierwszego dnia było kolorowo i wesoło.

Zaczęło się w Kingston, stolicy Jamajki. Tętniące życiem miasto od razu przypadło mi do gustu. W pierwszej kolejności odwiedziłam Muzeum Boba Marleya, obowiązkowy punkt na planie miasta. Ale to nie jedyne miejsce warte odwiedzenia. Ogromną atrakcją było dla mnie Port Royal. Maleńkie skupisko domków i uliczek, wraz z pozostałościami historycznych portów to wszystko co zostało z XVIIw. stolicy Jamajki - wówczas raju piratów z Karaibów. Po potężnym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Port Royal pamiątką jest choćby The Giddy House - przechylony i do połowy zakopany w piasku domek.

Kingston było też dla mnie pierwszą okazją do zapoznania się z lokalną kuchnią. Narodowe danie Jamajki - solony dorsz przygotowany z owocami bligii, okazał się być objawieniem tego wyjazdu, i zamawiałam to potem jeszcze wiele razy w różnych innych miejscach. Oprócz tego Jamajka zachwyca różnorodnością ryb i owoców morza, ale też egzotycznych, świeżych i soczystych owoców - idealnych w upalne dni. A do popicia, oczywiście piracki napitek - rum! W wersji współczesnej, z colą.

W Kingston nie zatrzymałam się na długo, ciągnęło mnie do odkrywania wyspy. Kolejnym przystankiem była Plaża Skarbów - jedna z najpiękniejszych w kraju. Kilometry pięknych plaż, romantyczne zachody słońca, z jednej strony turkusowe morze, a z drugiej soczyście zielone wzgórza. Miałam tam do dyspozycji pełne cztery dni, więc na wszystko wystarczyło czasu. Słodkie wylegiwanie się na plaży zostawiłam na sam koniec tego etapu wakacji, przede wszystkim chciałam spróbować wszystkiego, co okolica miała do zaoferowania. Wybrałam się na trekking po dżungli, żeby spędzić dzień aktywnie i w pięknych okolicznościach przyrody. Zaserwowałam sobie też długi spacer wzdłuż wybrzeża, a nawet lekcję surfingu. No i oczywiście nurkowanie, koniecznie chciałam zobaczyć rafę koralową z bliska! Robi absolutnie niesamowite wrażenie, a gonienie małych kolorowych rybek pod wodą było świetną rozrywką.

Na ostatnie kilka dni przejechałam na Negril - kolejną słynną plażę, gdzie nastąpiła część wybitnie imprezowa wyjazdu. Negril to miasteczko położone na zachodnim wybrzeżu wyspy. W ciągu dnia głównie śpi i wyleguje się na plaży. Choć przyznaję, że warto przespacerować się uliczkami i zobaczyć feerię barw domków i sklepików w mieście. Jednak prawdziwe życie zaczyna się tu po zmroku. Wtedy całe wybrzeże tętni muzyką reggae, wszędzie tańczą ludzie, rum leje się strumieniami i zabawa trwa do rana. Plaże w Negril sprzyjają takiemu trybowi życia - najlepiej po jamajskiej imprezie wypoczywa się na białym piasku, z widokiem na morskie fale i będąc usypianym przez kołysankę szumiących palm nad głową.

Na szczęście, gdy już zmęczyłam się trochę kolorowym szaleństwem w rytmach reggae, mogłam wybrać się kawałek za miasto, gdzie w kolejnych zielonych tropikalnych lasach miałam okazję obserwować kolorowe ptaki i wsłuchiwać się w ich śpiew.

Tak minęły mi prawie dwa tygodnie. Dziś ostatnia noc w Kingston, ostatnia szansa na spacer uliczkami stolicy, zajadanie się lokalnymi specjałami i życie w zwolnionym tempie przed powrotem do szybkiej europejskiej rzeczywistości. Póki więc mogę, rozkoszuję się wyspiarskim klimatem raju na Jamajce.